Geopolityczny kocioł: Kryzys grenlandzki winduje ceny metali. Złoto reaguje jak sejsmograf
Zapomnijcie na chwilę o stopach procentowych i wskaźnikach CPI. Nowym paliwem rakietowym dla rynków surowcowych stała się geopolityka w najczystszym, wręcz zimnowojennym wydaniu. Napięcia wokół zasobów na dalekiej północy wywołały popłoch, z którego zwycięsko wychodzą tylko posiadacze twardych aktywów.
Ostatnie doniesienia o eskalacji dyplomatycznej na linii USA – Europa, dotyczącej dostępu do złóż metali ziem rzadkich na Grenlandii, wywołały wstrząs na giełdach. Inwestorzy instytucjonalni, obawiając się bolesnych wojen celnych i zerwania łańcuchów dostaw, uruchomili tryb „risk-off”. W takich momentach kapitał ucieka w jednym, znanym od tysiącleci kierunku.
Niezależnie od tego, jak nowoczesne mamy instrumenty finansowe, w obliczu realnego konfliktu o surowce strategiczne, cyfrowe zapisy na kontach tracą na znaczeniu.
„Jesteśmy świadkami zjawiska de-globalizacji w pigułce. Spór grenlandzki uświadomił rynkom, że dostęp do zasobów nie jest dany raz na zawsze. W świecie, w którym sojusze handlowe pękają z dnia na dzień, inwestorzy żądają aktywów, które nie mają narodowości i nie niosą ze sobą ryzyka kontrahenta. Złoto to obecnie jedyna apolityczna waluta świata” – podkreśla Ole Hansen, dyrektor ds. strategii rynków towarowych w Saxo Banku.
Fizyczny kruszec na wagę złota
Co ciekawe, na fali tych wydarzeń widzimy potężne rozwarstwienie (tzw. spread) między ceną złota „papierowego” (kontraktów terminowych) a ceną fizycznego metalu u dealerów. Premie za sztabki, których producent posiada akredytację LBMA, rosną w zawrotnym tempie. Inwestorzy chcą mieć towar w ręku, obawiając się, że w scenariuszu eskalacji wojny handlowej, globalny obrót międzybankowy może zostać zablokowany.
