Piątkowe odczyty Non-Farm Payrolls zaszokowały rynki finansowe. Amerykańska gospodarka wykreowała znacznie więcej miejsc pracy niż przewidywano, co wywołało natychmiastową ucieczkę kapitału w stronę dolara. Złoto zanurkowało, ale czy to początek głębszych spadków, czy idealna okazja do akumulacji?
Koniec pierwszego tygodnia marca przyniósł inwestorom solidny kubeł zimnej wody. Po spektakularnych wzrostach w lutym, złoto musiało przełknąć gorzką pigułkę w postaci rewelacyjnych danych z amerykańskiego rynku pracy. Solidny wzrost zatrudnienia i brak oznak recesji w USA dają Rezerwie Federalnej zielone światło do utrzymywania „zabójczych” dla kruszców, wysokich stóp procentowych.
W pierwszej reakcji na publikację, cena uncji zsunęła się o ponad 2%, przełamując istotne wsparcia. Jednak zanim w prasie zdążyły ukazać się nagłówki o pęknięciu bańki, na rynku fizycznym wydarzyło się coś bardzo ciekawego.
„Spadki na giełdzie kontraktów (papierowym złocie) nie znalazły odzwierciedlenia u fizycznych dealerów. Obserwujemy potężny dysonans. W momencie, gdy algorytmy HFT (High-Frequency Trading) wyprzedawały kontrakty po danych NFP, azjatyckie fundusze i europejskie family office weszły na rynek, agresywnie skupując każdą uncję po obniżonej cenie. To klasyczna 'pułapka na niedźwiedzie’. Smart money wykorzystuje makroekonomiczny szum, by wytrzepać słabe ręce z rynku” – komentuje w nocie dla inwestorów analityk techniczny, Peter Schiff.
W takich momentach rynek oddziela chłopców od mężczyzn. Krótkoterminowa presja ze strony mocnego dolara jest bezdyskusyjna i może zepchnąć notowania jeszcze niżej w nadchodzącym tygodniu. Jednak w ujęciu fundamentalnym (rosnący deficyt USA i inflacja kosztowa) nic się nie zmieniło. Analitycy zwracają uwagę, że każdy spadek wynikający z dobrych danych gospodarczych jest obecnie postrzegany jako okno zakupowe przed wejściem rynku w ostateczną, stagflacyjną fazę cyklu.