To jeden z tych tygodni, w których podręczniki ekonomii lądują w koszu. Po publikacji wtorkowych danych o inflacji CPI w USA, która okazała się niespodziewanie wyższa od konsensusu, algorytmy giełdowe zareagowały wyprzedażą. Cena uncji złota na rynku spot (papierowym) błyskawicznie zanurkowała o kilkadziesiąt dolarów. Teoretycznie – świetna okazja na zakupy. W praktyce? Klienci u dealerów metali szlachetnych na całym świecie przecierają oczy ze zdumienia, bo ceny fizycznych sztabek i monet… ani drgnęły.
Mamy do czynienia z fenomenem absolutnego rozwarstwienia między rynkiem papierowych kontraktów a rzeczywistością. Jak to możliwe?
Gdy na ekranach platform transakcyjnych migają spadki, wywoływane przez lewarowane fundusze wyprzedające kontrakty terminowe, ulica i duży kapitał prywatny ruszają na fizyczne łowy. Ten nagły wzrost popytu na monety i sztabki natychmiast wysusza stany magazynowe dealerów. W odpowiedzi, mennice na całym świecie drastycznie podnoszą tzw. premie (marże doliczane do ceny spot).
Ekspert rynku metali z Incrementum AG wyjaśnił ten mechanizm w krótkim wpisie na X (dawniej Twitter), który w środę rano obiegł całą społeczność finansową:
„Papierowa cena złota to dzisiaj tylko sugestia. To punkt odniesienia dla bankierów, nie dla ludzi. Kiedy system panikuje, to premia dealerska mówi ci, ile naprawdę warty jest kruszec. A dzisiaj ta premia jest astronomiczna, bo fizycznego towaru po prostu brakuje”.
Złamane łańcuchy dostaw
Sytuację pogarszają logistyczne cząstki rynkowej układanki. Złoto krążące między największymi rafineriami (np. w Szwajcarii) a rynkiem detalicznym napotyka na potężne zatory. Mennice nie nadążają z przetapianiem dużych, 400-uncjowych sztab międzybankowych na jedno uncjowe monety i mniejsze sztabki (np. w standardzie Certipack).
Dla inwestora to bolesna lekcja realiów rynku: czekanie na „głęboką korektę” na giełdzie często mija się z celem, ponieważ oszczędności z niższej ceny kursowej są natychmiast pożerane przez podwyższone marże dealerów wynikające z braków towarowych. Dzisiaj posiadanie kruszcu w ręku to przywilej, za który rynek każe sobie słono płacić.