Tego nikt się nie spodziewał. Gdy uwaga zachodnich analityków skupiona była na niekończących się zakupach Ludowego Banku Chin (PBOC) oraz agresywnej akumulacji kruszcu przez Indie, na rynku pojawiły się dwa nowe „wieloryby”.
Dane napływające z azjatyckich rynków hurtowych za luty i początek marca 2026 roku pokazują gigantyczny drenaż fizycznego złota w kierunku Wietnamu i Indonezji. To już nie jest dywersyfikacja. To skoordynowana ucieczka od zachodniego systemu finansowego.
Zazwyczaj, gdy złoto testuje historyczne maksima (ATH), mniejsze banki centralne wstrzymują się z zakupami, czekając na korektę. Tym razem jest inaczej. Jak wynika z wtorkowego raportu agencji Reuters, banki centralne w Dżakarcie i Hanoi zakupiły w ostatnich tygodniach łącznie ponad 45 ton kruszcu, realizując transakcje z pominięciem tradycyjnych londyńskich izb rozliczeniowych.
Sytuację niezwykle trafnie – i dość brutalnie – podsumował we wczorajszym programie Bloomberg Surveillance główny strateg walutowy rynków wschodzących, Mark Dowding:
„Oni [Azja] nie patrzą na cenę w dolarach. Oni patrzą na ilość uncji w swoich skarbcach. Zachód próbuje grać na złocie za pomocą instrumentów pochodnych, podczas gdy Wschód po prostu pakuje sztabki do samolotów. Jesteśmy świadkami największego transferu fizycznego bogactwa w nowożytnej historii”.
Kryzys płynności w Londynie i Nowym Jorku
Skutki tej azjatyckiej żarłoczności zaczynają być boleśnie odczuwalne na zachodnich giełdach. Zapasy w magazynach LBMA (London Bullion Market Association) oraz na nowojorskim COMEX-ie topnieją. Rynki terminowe zaczynają wchodzić w stan tzw. backwardation – sytuacji anomalnej, w której cena fizycznego złota z dostawą natychmiastową jest wyższa niż cena kontraktów terminowych na przyszłość.
Dla inwestorów to jasny sygnał: na rynku brakuje fizycznego towaru. Jeśli trend azjatycki się utrzyma, „papierowe” wyceny złota na Wall Street będą musiały drastycznie wzrosnąć, by zapobiec całkowitemu załamaniu płynności na rynkach zachodnich.